Strona główna » Strona Główna nieskończone przewijanie

Oto jak szkodzi objadanie się?

Przełyk wypełnia się dodatkową ilością kwasu żołądkowego i może pojawić się zgaga. Serce przyspiesza, aby podnieść metabolizm i strawić nadmierną ilość jedzenia. Żołądek się rozszerza, aby je pomieścić, uciska na inne organy i powoduje dyskomfort. Wątroba i trzustka muszą się wysilić, aby wyprodukować większą ilość enzymów i hormonów. To reakcja organizmu na przejedzenie.

Przejadać się zatem nie warto, zwłaszcza że – jeśli częste – pojawiają się dobrze znane widoczne tego konsekwencje: nadwaga i otyłość, co z kolei prowadzi do całego szeregu schorzeń.

Ale jeśli ktoś jest ogólnie zdrowy i zje więcej w rzadkich okazjach, na przykład podczas świąt, to nie ma czym się martwić. Tak przynajmniej wskazuje badanie przeprowadzone na australijskim Deakin University. Pokazało ono bowiem, że okazjonalne objadanie się nie przynosi groźnych skutków metabolicznych, choć trzeba zaznaczyć, że było prowadzone na niewielkiej próbie 22-letnich, szczupłych ochotników.

Jeden z testów naśladował trwające pięć dni świąteczne folgowanie sobie w jedzeniu, a drugi – chroniczne przejadanie się i trwał 28 dni. Ochotnicy żywili się według typowej australijskiej diety (55 proc. węglowodanów, 35 proc. tłuszczu i 15 proc. białka).

Planowany nadmiar jedzenia był realizowany z pomocą wysokokalorycznych przekąsek, takich jak czekolada czy frytki. Dziennie zapewniały one dodatkowe tysiąc kalorii.

Krótkotrwały okres przejadania się znacząco zwiększył ilość tłuszczu wokół narządów wewnętrznych, ale nie wzrosła wyraźnie ogólna masa ciała ochotników. Nie zmieniły się przy tym parametry metaboliczne.

Inna sprawa z chronicznym objadaniem się. Według naukowców, w krótkim terminie objadanie się prowadzi do zwiększenia masy tkanki tłuszczowej wewnątrz organizmu, co chroni przed szkodliwym zmniejszeniem wrażliwości na insulinę.

W ciąży objadanie się nie służy płodowi

Jak, w eksperymentach na myszach, odkryli niedawno naukowcy z Rutgers University, prowadzące do otyłości przejadanie się w trakcie ciąży oraz karmienia, może sprzyjać otyłości u potomstwa, także w dorosłym wieku.

Badacze odkryli, że zmianie uległy mózgi tych gryzoni – nabierały szczególnie silnego upodobania do niezdrowej karmy. Choć to badanie na myszach, wyniki naukowcy odnoszą do ludzi.

“Osoby urodzone przez matki z nadwagą lub otyłością zwykle ważą więcej w dorosłości, niż dzieci matek o niższej masie ciała. Eksperymenty takie jak ten sugerują, że wyjaśnienie wykracza poza czynniki środowiskowe, takie jak nauka niezdrowych nawyków żywieniowych w dzieciństwie – mówi prof. Mark Rossi, główny autor badania. – Nadmierna podaż pokarmu w czasie ciąży i karmienia piersią wydaje się przeprogramowywać mózgi rozwijających się dzieci i być może przyszłych pokoleń” – ostrzega ekspert. To więc sygnał dla przyszłych mam, aby z objadaniem się uważały.

Karmione niemowlęta mogą nie lubić przejadania się mam

Podobne obserwacje poczynili badacze z Uniwersytetu w Toledo. Również w eksperymentach na myszach, zespół ten zauważył, że gdy karmiące samice się przejadały, potomstwo w okresie młodzieńczym było bardziej zagrożone otyłością, a do tego, w tej grupie częściej pojawiało się zbyt wczesne dojrzewanie.

“Dobrze wiadomo, że karmienie mlekiem modyfikowanym zwiększa ryzyko otyłości u dzieci. Nasze wyniki sugerują jednak, że gdy matki karmią piersią, ale nie spożywają umiarkowanej i zdrowej diety, może to również wiązać się ze zwiększonym ryzykiem różnych problemów zdrowotnych u potomstwa, w tym otyłości, cukrzycy, wczesnego dojrzewania płciowego oraz zmniejszonej płodności” – przestrzega dr Mengjie Wang, autor publikacji. “Tę koncepcję trzeba przetestować na ludziach, aby sprawdzić, czy ma zastosowanie do naszego gatunku” – podkreśla.

Rozsądek opłaca się już w młodości

Grupa z Massachusetts General Hospital przyjrzała się natomiast nastolatkom. Jak przypominają naukowcy, zaburzenie napadowego jedzenia powiązano już z otyłością i zespołem metabolicznym. Badacze sprawdzili jednak, czy, wśród nastolatków, widać korelacje między tymi przypadłościami i objadaniem się, ale jeszcze bez zdiagnozowanego zaburzenia. Analiza zdrowia i zachowań osób w wieku, średnio 17 lat wskazała na tego typu związki. Objadające się nastolatki częściej miały nadmiar tłuszczu i więcej stanów zapalnych.

“U młodzieży zgłaszającej nadmierną konsumpcję pokarmów i objadanie się można było zauważyć większą ilość tkanki tłuszczowej oraz gorsze profile dotyczące zapaleń i białek produkowanych przez komórki tłuszczowe” – piszą naukowcy w swojej publikacji „Różnice te mogą sygnalizować zwiększone ryzyko przyszłych chorób serca – ostrzegają.

Każdy może przytyć

Specjaliści z holenderskiego Uniwersytetu imienia Radbouda sprawdzili natomiast, jak na ryzyko nawagi wpływa przejadanie się, obok m.in. zagłuszania jedzeniem emocji i silnego ulegania zewnętrznym pokusom skłaniającym do jedzenia. Przez dwa lata naukowcy obserwowali 600 ochotników reprezentujących ogólną populację. Ponownie, objadanie się okazało się być szkodliwym nawykiem.

„Szczególnie osoby z silną skłonnością do ‘zajadania’ emocji były zagrożone pojawieniem się nadwagi” – piszą autorzy badania w pracy opublikowanej na łamach pisma „Appetite”.

Dobra wiadomość jest taka, że negatywne skutki objadania się ograniczała regularna aktywność fizyczna. Ta zresztą polecana jest wszystkim – niezależnie od tego, ile jedzą.

Źródła:

Poświęcona objadaniu się strona University of Texas MD Anderson Cancer Centehttps://www.mdanderson.org/publications/focused-on-health/What-happens-when-you-overeat.h23Z1592202.html

Doniesienie na temat objadania się w czasie ciążyhttps://www.eurekalert.org/news-releases/983319

Doniesienie na temat wpływu objadania się na karmienie piersiąhttps://www.eurekalert.org/news-releases/748361

Praca naukowa na temat wpływu objadania się na nastolatkihttps://jeatdisord.biomedcentral.com/articles/10.1186/s40337-022-00660-4

Praca naukowa na temat badania w ogólnej populacjihttps://www.sciencedirect.com/science/article/abs/pii/S0195666312002693?via%3Dihub

Doniesienie na temat okazjonalnego objadania sięhttps://www.eurekalert.org/news-releases/709556

Źródło informacji: Serwis Zdrowie

Czytaj więcej
Przewiń dalej

Czy betonoza szkodzi zdrowiu?

To nie jest jednostka chorobowa, a potoczny termin określający nadmiar zabudowy, który obywa się kosztem zieleni. Przybywa dowodów, że kosztem zdrowia także. Nie ma wątpliwości, że jako ludzkie istoty, dla zdrowia tak fizycznego, jak i psychicznego, potrzebujemy miejskiej przyrody. Warto być tego świadomym, zwłaszcza w kontekście wciąż popularnych trendów „zagęszczania” miast zabudową.

Jak donieśli niedawno eksperci z hiszpańskiego ISGlobal, tzw. wyspom ciepła można przypisać ponad 4 proc. zgonów, jakie mają miejsce w krajach Europy latem i 1,8 proc. – w ciągu całego roku. Wyspy ciepła to na przykład gęsto zabudowane kwartały miejskich ulic gromadzące w ścianach i nawierzchniach energię cieplną. Temperatura w nich jest wyraźnie wyższa, niż poza miastem, a a do tego niedobór roślin spowalnia chłodzące parowanie wody. W takich miejscach temperatura jest wyższa niż na terenach nie tak gęsto zabudowanych i obfitujących w rośliny. Okazuje się, że na wyspach ciepła w porównaniu z innymi terenami wyższe jest rozpowszechnienie chorób układu krążenia – donoszą badacze.

A ma być jeszcze gorzej. „Prognozy oparte na obecnych emisjach gazów cieplarnianych wskazują, że choroby i zgony związane z ciepłem, w ciągu następnych dziesięcioleci staną się większym obciążeniem dla służby zdrowia” – mówią naukowcy.

Do takich wniosków doszli po przeanalizowaniu danych odnośnie 93 miast. Hiszpański zespół szacuje, że zwiększenie pokrycia miejskich terenów drzewami do 30 proc. pozwoliłoby uniknąć jednej trzeciej spowodowanych działaniem wysp ciepła zgonów. Tymczasem, np. w Warszawie zielenią jest pokryte 17 proc. powierzchni miasta. Bywa gorzej, bo np. w Tokio jest to tylko w 7,5 proc., a w Stambule – w 2,2 proc. Jednak np. w Sydney – aż 46 proc., a w Wiedniu – 50 proc.

Lepiej się chronić

Zagadnienie jest już dokładniej badane. Naukowcy z Uniwersytetu w Szanghaju i innych ośrodków z kilku krajów przeprowadzili przegląd badań na temat wpływu miejskiego gorąca na zdrowie. Jak zwracają uwagę – do 2050 roku w miastach ma mieszkać prawie 7 mld ludzi. Jak wskazuje analiza, według różnych badań miejskie wyspy ciepła, szczególnie w czasie fal upałów, zwiększają ryzyko zgonów i rozwoju wielu innych chorób.

Niektóre osoby są przy tym szczególnie narażone na gorąco i jego skutki. Po pierwsze będą to ludzie żyjący w najcieplejszych rejonach miasta, o niskim zadrzewieniu, bez dostępu do klimatyzacji, mieszkający na najwyższych piętrach i pracujący na zewnątrz, a także osoby młode, starsze, gorzej wykształcone, o niskim zdrowiu, gorszym dostępie do opieki zdrowotnej, z niewielkim wsparciem społecznym i zasobami materialnymi. Kiedy na szybką zmianę okolicy nie można liczyć, według naukowców, lepiej sięgnąć po proste środki samopomocy – słuchanie ostrzeżeń o upałach, stosowanie odpowiedniego ubrania, schładzanie ciała wodnymi aerozolami czy prysznicami. Klimatyzacja pomaga uniknąć zdrowotnych problemów i śmierci, ale z drugiej strony dodatkowo emituje ciepło do okolicy – zwracają uwagę naukowcy.

Mózg i dusza nie lubią betonu

Eksperci z Nature Conservancy, University of Virginia i ich koledzy ze Szwecji przestrzegają z kolei przed psychicznymi skutkami odrywającej człowieka od naturalnego otoczenia urbanizacji. Na podstawie analizy dostępnych badań donoszą o korelacji między stopniem izolacji od natury w mieście i nasileniem różnych problemów psychicznych. Wymieniają nawet tak poważne zaburzenia, jak psychozy. Zależności są przy tym złożone i wieloczynnikowe. Znaczenie ma zagęszczenie ludności, mieszanie się kultur, mniejszy poziom współpracy, ograniczenie lokalnego życia społecznego od kontaktów rodzinnych, a także hałas, nadmiar bodźców wizualnych i zanieczyszczenie światłem.

W niemałej mierze ulgę ma przynosić właśnie wprowadzana do miast przyroda. Jak bowiem wskazują przytaczane w opracowaniu badania, zieleń w mieście, oprócz tego, że może obniżyć temperaturę, czy pomóc w zachowaniu zdrowszego powietrza, zachęca do aktywnej rekreacji, wspiera kontakty społeczne i współpracę między ludźmi oraz redukuje napięcie psychiczne.

Odnośnie redukcji stresu poprzez kontakt z naturą naukowcy zwracają uwagę na kilka możliwych mechanizmów. Po pierwsze, elementy przyrody chronią ludzi przed nadmierną stymulacją wizualną i hałasem. Po drugie, to środowisko, w którym ludzi gatunek ewoluował i naturalnie kontakt z nim obniża stres. Po trzecie, w kontakcie z przyrodą człowiek jest poddawany działaniu dużo mniejszej ilości bodźców i może odpocząć przed kolejnym ich natłokiem ze strony miasta i wszystkiego, co się w nim dzieje.

Autorzy analizy wskazują na badanie, według którego już 30 minut spędzone w otoczeniu pobliskiej zieleni tygodniowo zmniejszało ryzyko depresji o 7 proc. (i o 9 proc. nadciśnienia!). Według innego projektu badawczego obecność drzew w pobliżu domu wiązała się aż 50 proc. spadkiem zachorowań na depresję. Przy tym o 43 proc. spadał poziom stresu i o połowę malała częstość stanów lękowych.

Filar dobrego zdrowia

Wprowadzanie zieleni do miast i redukcja betonozy to więc nie tylko pobożne życzenie, które można odłożyć na później, ale podstawa dobrego, zdrowego życia. Potrzeba takich działań będzie jeszcze rosła. Szacuje się bowiem, że do 2050 roku, w miastach będzie żyło 6,7 mld ludzi, a w wielu z nich populacja będzie coraz starsza. Bogate kraje coraz lepiej to rozumieją. Autorzy wspomnianego wyżej przeglądu badań przytaczają przykłady Edmonton w Kanadzie i Singapuru. W Edmonton, w ramach projektu „Breathe” powstaje zielona miejska sieć łącząca tereny dzikie, parki, miejskie lasy, rzeki, strumienie i obszary zabudowane. W Singapurze, w ramach Landscape Replacement Policy wprowadzono zasadę, według której na każdy metr kwadratowy zajęty przez nowy budynek, trzeba stworzyć przynajmniej jeden nowy metr kwadratowy zielonej powierzchni. Azjatyckie miasto-państwo zmieniło nawet swoje, i tak już proekologiczne motto „Singapore, A Garden City” (Singapur – miasto ogrodów” na „“Singapore, A City in a Garden” (Singapur – miasto w ogrodzie). Może warto byłoby stworzyć podobne hasło dla Polski, a tymczasem dobrze, aby każdy rozejrzał się po swojej okolicy, gdzie najbliżej może znaleźć wyspę nie gorąca, a zieleni i jak najczęściej z niej korzystał.

Źródło informacji: Serwis Zdrowie

Czytaj więcej
Przewiń dalej

To może się przyczynić do rozwoju raka prostaty

To, że otyłość przyczynia się do rozwoju raka prostaty, od dawna już wiemy. A jak wynika z badania Obesity and Disease Development Sweden (ODDS), zaprezentowanego na Europejskim Kongresie ds. Otyłości 2023, spore znaczenie ma też dynamika przyrostu masy ciała przed 30-tką.

O badaniu napisał portal Medscape. Analiza danych ponad 250 tys. mężczyzn wykazała, że wzrost masy ciała o ponad 13 kg w okresie pomiędzy 17. a 29. rokiem życia zwiększa o 13 proc. ryzyko zachorowania na agresywną postać raka gruczołu krokowego oraz o 27 proc. – ryzyko zgonu z tego powodu. Wyniki tego badania przedstawiono podczas European Congress on Obesity 2023.

Otyłość to choroba, która jest powiązana z szeregiem poważnych zaburzeń. Nie ma wątpliwości, że jedną z nich jest wzrost ryzyka zachorowania na różne rodzaje nowotworów – wykazano, że ma związek z 16 rodzajami raka; jednym z nich jest rak prostaty.

Tymczasem prognozy dla Polski w kontekście choroby otyłościowej zatrważają: według niektórych prognoz do 2025 roku otyłość będzie już dotyczyła co trzeciego mężczyzny. Mało tego – Polska jest krajem zaliczającym się do tych o największej dynamice przyrostu nadwagi i otyłości u dzieci i młodzieży.

Medscape cytuje naukowców: „Wcześniejsze badania sugerowały, że podwyższone stężenie insulinopodobnego czynnika wzrostu-1 (IGF-1), hormonu biorącego udział we wzroście i rozwoju komórek, zwiększa ryzyko raka prostaty. Poziomy tego hormonu są podwyższone u osób z otyłością, a gwałtowny wzrost masy ciała może napędzać ten wzrost i rozwój raka”. 

Większa wiedza na temat czynników przyczyniających się do rozwoju raka prostaty jest kluczem do zapobiegania mu. Każdy nowotwór to choroba wieloczynnikowa, co oznacza, że musi dojść do wystąpienia splotu wielu zjawisk, by się rozwinął. Na niektóre z nich mamy wpływ (np. na to, jak i co jemy, czy się ruszamy), inne pozostają poza naszą kontrolą, np. wiek (im jesteśmy starsi, tym ryzyko rozwoju raka jest wyższe) czy uwarunkowania genetyczne.

„Jedynie dobrze ugruntowane czynniki ryzyka, takie jak podeszły wiek, historia choroby w rodzinie i kilka markerów genetycznych nie podlegają modyfikacji, co sprawia, że niezbędne jest zidentyfikowanie czynników ryzyka, które można zmienić” – mówi cytowana przez Medscape dr Marisa da Silva z Wydziału Medycyny Translacyjnej Uniwersytetu w Lund, Malmö, Szwecja.

Zespół szwedzkich badaczy ocenił, że jedną z tych modyfikowalnych zmiennych jest utrzymanie prawidłowej masy ciała – ich zdaniem zapobieganie przybieraniu na wadze w młodym wieku dorosłym może zmniejszyć ryzyko agresywnego i śmiertelnego raka prostaty.

„Nie wiemy, czy to sam przyrost wagi, czy też długi czas bycia cięższym, jest głównym motorem obserwowanego przez nas związku. Niemniej jednak trzeba przybrać na wadze, aby stać się cięższym, więc zapobieganie gwałtownemu wzrostowi masy ciała u młodych mężczyzn jest konieczne w zapobieganiu rakowi prostaty” – mówi dr Silva. 

Skąd się bierze otyłość?

Z pewnością nie jest to defekt estetyczny, choć wciąż często można się spotkać z takim podejściem. Jest to choroba, którą trzeba leczyć; przy czym na dobre wyniki można liczyć w sytuacji leczenia otyłości przez cały zespół specjalistów.

Patogeneza otyłości jest skomplikowana. Do czynników ryzyka zalicza się m.in. interakcje między czynnikami genetycznymi, epigenetycznymi i środowiskiem w jakim funkcjonujemy, z uwzględnieniem tempa i stylu życia, stresu i dostępności do wysoko przetworzonej żywności. Spore znaczenia ma to, jak odżywiała się matka w ciąży. 

Do końca 2024 roku można skorzystać z programu leczenia otyłości KOS-BAR – nie tylko możliwa jest w jego ramach interwencja chirurgiczna, ale i opieka wielospecjalistycznego zespołu.

Źródło informacji: Serwis Zdrowie

Czytaj więcej
Przewiń dalej

Filip Hajzer kupił gofra. Cena go zaskoczyła

filip_chajzer
 Dawno nie kupowałem gofrów i nie wiem na ile jest to już obowiązujący standard cenowy, ale 27 PLN za “gofera” z bitą i owocami delikatnie mnie zdziwiło…

Polewę olałem – byłoby 29 ? wiem, że zaraz poleci mój ulubiony tekst “na biednego nie trafiło”, tylko że za mną stała rodzina 2+3. W opcji FULL WYPAS GOFER PARTY ? to będzie już 145 PLN ???

W budce z goframi w uzdrowisku ?

Ale może to taki booster kuracji, szybkie ozdrowienie i do domu ?

Filip Hajzer/Instagram
Źródło: Instagram/Filip Hajzer

Źródło: Instagram/Filip Hajzer

Czytaj więcej
Przewiń dalej

Chcesz wprowadzić u siebie więcej ruchu? Poznaj proste sposoby

Ruch to podstawowa czynność ludzkiego ciała. Bez niej niemożliwe jest codzienne funkcjonowanie. A współczesny tryb życia niekoniecznie sprzyja dużej ilości ruchu. Co więcej – w wielu przypadkach nie pozostawia wiele czasu na jego uprawianie. Poniższy artykuł przedstawia, w jaki sposób nawet najbardziej zabiegane osoby będą w stanie dodać nieco ruchu do swojego harmonogramu.

Dojeżdżanie do pracy rowerem

Za tą metodą przemawia nie tylko łatwość wplecenia w harmonogram – do pracy dojeżdża przecież prawie każdy. Mocno ograniczona zostaje także frustracja porannymi korkami, kulturą niektórych uczestników jazdy czy wreszcie ryzykiem spóźnienia się. Samo ryzyko zredukowane zostaje niemal do zera. Rowery raczej nie stoją w korkach, a cały czas się przemieszczają. W wielu wypadkach okazuje się wręcz, że osoby dojeżdżające rowerem do pracy docierają do niej szybciej, niż samochodem.

Unikanie wind

Winda to bez wątpienia cudowny wynalazek. Dzięki niemu można w kilka chwil dostać się z parteru na dwudzieste piętro. Jednak odbywa się to ukrytym kosztem. Osoby wybierające windę siłą rzeczy rezygnują z ruchu. Ich konsekwentne unikanie wymusi korzystanie ze schodów, często na dłuższe dystanse, jeśli mieszka się na wyższym piętrze.

Spacery

Problemy z ruchem mają także osoby, które mimo wyzwań współczesności mają nań czas. Mimo jego posiadania po pracy i/lub zajęciach w szkole czy na uczelni nie mają siły na nic poważniejszego. Jednak spacer jest ruchem o nieznacznej intensywności. A mimo to nawet powolne przemieszczanie się spala kalorie, poprawia krążenie i stan naszych serc. Spacery nie muszą każdorazowo być bardzo długie – takie lepiej zarezerwować na dzień wolny. Nawet dwa, trzy okrążenia dookoła swojego osiedla mogą zdziałać prawdziwe cuda.

Przerwa na reklamę

Wiele osób decyduje się na spędzenie wieczoru przed telewizorem. Nie ma w tym absolutnie nic złego. Zwłaszcza, jeśli akurat emitowane są naprawdę wartościowe treści. Jednak konsumpcja treści z telewizji odbywa się, siłą rzeczy, w bezruchu. Jednak większość stacji co jakiś czas przerywa filmy i seriale blokiem reklamowym. Niejednokrotnie bardzo długim. Zamiast oglądać reklamy marek, których i tak się nie kupi… można zacząć chodzić. Dookoła pokoju, po całym mieszkaniu – jak kto woli. Nawet taka mała zmiana pozwoli zgromadzić więcej kroków w dziennych czy tygodniowych bilansach.

Tenis stołowy

Tą aktywność poleca się zwłaszcza osobom, które chcą spędzić więcej czasu w pozycji stojącej. Dodatkowymi korzyściami z uprawiania tenisa stołowego będą: poprawiona koordynacja ruchowa oraz refleks i spostrzegawczość. Sam sport nie kosztuje zbyt wiele. Z pomocą odpowiedniego zestawu można przekształcić zwyczajny stół kuchenny w stół do tenisa. Jednak do tego sportu wypada zaopatrzyć się także w odzież do tenisa stołowego. Dzięki niej zachowana zostanie pełna swoboda ruchu. Odzież umożliwi także oddychanie skóry. Jest to ważne, ponieważ w wielu przypadkach to odzież odpowiada za niedosięgnięcie paletką po piłkę czy pocenie się bardziej, niż byłoby to konieczne.

Źródło informacji: Decathlon

pixabay.com

Czytaj więcej
Przewiń dalej

Choroby cywilizacyjne zabijają coraz więcej Polaków

Niezdrowy styl życia jest jednym z głównych czynników, przyczyniających się do rozwoju chorób cywilizacyjnych. Obniżają one jakość i skracają długość życia, będąc głównym powodem przedwczesnych zgonów. O tym, jak im zapobiegać dyskutowali uczestnicy 7. edycji wydarzenia z cyklu „Healthcare Policy Summit”, które poświęcone zostało chorobom cywilizacyjnym.

Do najczęściej występujących chorób cywilizacyjnych zaliczają się m.in. schorzenia kardiologiczne, otyłość, nowotwory czy zaburzenia zdrowia psychicznego.

„W latach 70. XX wieku Marc Lalonde, minister zdrowia Kanady opisał koncepcję tzw. >>pól zdrowotnych<<, tj. czynników, które mają wpływ na nasze zdrowie. Wynika z niej, że najważniejszym z nich, bo stanowiącym aż 53%, jest nasz styl życia – aktywność fizyczna, używki bądź ich brak, a także zdrowe nawyki związane z dietą, snem, nawadnianiem organizmu. Kolejne 21% to kwestie środowiskowe i przede wszystkim czyste powietrze, zaś 10% organizacja systemu ochrony zdrowia, czyli jego struktura, dostępność do świadczeń oraz jakość” – powiedziała Małgorzata Bogusz, prezes Instytutu Rozwoju Spraw Społecznych oraz członek Europejskiego Komitetu Ekonomiczno-Społecznego.

Unia Europejska nie pozostaje obojętna na choroby stylu życia. Europejski Plan Walki z Rakiem ma na celu podnoszenie świadomości na temat kluczowych czynników ryzyka, między innymi nowotworów spowodowanych paleniem tytoniu, spożywaniem alkoholu, otyłością, narażeniem na zanieczyszczenia, substancje rakotwórcze i promieniowanie. Szczególnie, że w przedmiotowym dokumencie Parlament Europejski wyraził „silne przekonanie, że kompleksowe działania profilaktyczne przeciwko nowotworom uzupełnione środkami wspierającymi eliminację lub ograniczanie szkód związanych z modyfikowalnymi czynnikami ryzyka należy prowadzić w ramach wszystkich europejskich strategii politycznych i programów finansowania.

Obecnie Polska wdraża niektóre elementy tego planu, czego przykładem jest również wprowadzenie od 1 czerwca 2023 r. przez Ministerstwo Zdrowia bezpłatnych szczepień przeciwko HPV dla dwóch roczników nastolatków.

„Nadal zbyt mało środków i siły przeznaczamy jednak na zdrowie publiczne. Brakuje poradni dedykowanych problemom uzależnień – mówił przewodniczący sejmowej Komisji Zdrowia dr Tomasz Latos. – Jest to również kwestia szukania mechanizmów dotarcia do społeczeństwa, aby zmienili swój styl życia oraz korzystali z programów profilaktycznych, gdzie dużą rolę odgrywają lekarze rodzinni” – kontynuował poseł.

Należy kompleksowo patrzeć na doświadczenia innych krajów, biorąc pod uwagę specyfikę pod kątem przyzwyczajeń danego społeczeństwa.

„W Polsce posiadamy bardzo niską oczekiwaną długość życia. Czynniki ryzyka chorób cywilizacyjnych rosną, mamy problemy z otyłością oraz zachwiała się tendencja spadkowa w nikotynizmie” – powiedział prof. Bolesław Samoliński, kierownik Zakładu Profilaktyki Zagrożeń Środowiskowych, Alergologii i Immunologii na Warszawskim Uniwersytecie Medycznym.

Zmiana sposobu funkcjonowania, czyli przestawienie się na prozdrowotny tryb życia, to jedno z najpilniejszych zadań, które powinno stanowić priorytet dla wszystkich środowisk, m.in. lekarzy, polityków oraz edukatorów.

Prof. Andrzej Fal, prezes Polskiego Towarzystwa Zdrowia Publicznego, uporządkował zagadnienia związane z różnymi etapami zapobiegania chorobom cywilizacyjnym. Pierwotna profilaktyka to edukacja szkolna, która promuje działania prozdrowotne. Kolejny etap działań profilaktycznych to zachowania prozdrowotne, które skierowane są do osób uzależnionych. Trzeciorzędowa profilaktyka to rehabilitacja, w tym redukcja szkód (harm reduction), celowana do pacjentów uzależnionych, którzy z różnych przyczyn nie są w stanie zaprzestać złych nawyków.

„Gdyby udało nam się ograniczyć palenie, przyniosłoby to pozytywne skutki zdrowotne dla całego społeczeństwa – mówił w trakcie wydarzenia prof. Jarosław Pinkas, konsultant krajowy w dziedzinie zdrowia publicznego, przypominając jednocześnie, iż dziś aż 25 proc. budżetu NFZ wydawana jest na leczenie chorób cywilizacyjnych. – Nie wolno dopuścić do sytuacji, by młodzież nabierała dramatycznych nawyków palenia” – apelował prof. Pinkas, wskazując, iż według raportu Polskiej Akademii Nauk odsetek osób palących papierosy wzrósł ostatnio w Polsce do 29 proc..

Jednym z podejść walki z epidemią palenia papierosów jest strategia „end game”. Polega ona na dążeniu do całkowitej eliminacji palenia poprzez zakazywanie lub utrudnianie dostępu do wyrobów tytoniowych. Jednak wiele badań wskazuje, że to podejście okazuje się być nieskuteczne.

„Dlatego trzeba zbudować most pomiędzy strategią redukcji szkód, a strategią >>end game<<” – dodał prof. Jarosław Pinkas.

Profesor Andrzej Fal dodał, że strategia „end game” sprawdzała się do 2000 roku, od tego momentu Szwecja doszła do 5% palaczy a Polska do 29%.

Jak wskazano podczas konferencji, nowoczesne podejście w walce z chorobami cywilizacyjnymi zastosowali właśnie Szwedzi. Szwecja, która wprowadziła swoje rozwiązania kilkanaście lat temu ma już wymierne skutki – najniższy w Europie odsetek osób palących papierosy. Została uznana przez WHO za kraj wolny od dymu papierosowego, gdyż pali tam zaledwie 5 proc. populacji.

Szwedzki model zakłada ograniczenie podaży i popytu na tytoń, ale dodaje także istotny element: akceptację bezdymnych produktów, jako mniej szkodliwych alternatyw dla osób uzależnionych. Korzyści wynikające ze szwedzkiej strategii są niepodważalne – zachorowalność na raka w Szwecji jest o 41 proc. niższa, niż w pozostałych krajach europejskich.

„Szwecja postawiła na bezdymne wyroby tytoniowe, co poskutkowało tym, że dzisiaj mamy najniższą zapadalność na raka płuc w Europie” – powiedział Anders Milton, CEO Swedish Medical Association.

Uznanie budzi czeska polityka dotycząca walki z uzależnieniami.

„Chodzi o kompleksowy i skoordynowany zestaw działań zapobiegawczych, edukacyjnych, terapeutycznych, regulacyjnych i kontrolnych. W Czechach nie mamy na tyle dużo funduszy na wprowadzenie regulacji, które negatywnie wpłyną na sytuację społeczną oraz na nieefektywną walkę z chorobami cywilizacyjnymi. Musimy koncentrować się na zapobieganiu ryzyku oraz redukcji szkód” – przyznał Jindřich Vobořil, dyrektor Departamentu Polityki Przeciwnarkotykowej Rządu Republiki Czeskiej.

Na konkretne rozwiązania w walce z chorobami cywilizacyjnymi wskazał prof. Filip Szymański, prezes Polskiego Towarzystwa Chorób Cywilizacyjnych.

„Modyfikacja stylu życia, czyli m.in.: zaprzestanie palenia papierosów, wysiłek fizyczny, dobra kontrola lipidów i nadciśnienia oraz nowoczesna terapia cukrzycy to klucz do ograniczenia zgonów naszych pacjentów z powodu chorób sercowo-naczyniowych, ale i chorób onkologicznych” – mówił profesor. Zdaniem profesora nowoczesne podejście “harm reduction” powinno być zaproponowane w Polsce. „Jednym z pomysłów może być także podniesienie wieku dostępności do papierosów oraz produktów alternatywnych od 21. roku życia. Trzeba także zaznaczyć, że produktów bezdymnych nie można zalecać osobom niepalącym – jest to jedynie sposób, aby pomóc w rzuceniu nałogu” – kontynuował profesor. Podkreślił także, że ważna jest również porada psychologiczna, czy rozmowa z lekarzem POZ. „Należy ograniczać dystrybucję, ale nie wolno zapominać o edukacji, szczególnie wśród młodzieży” – dodał prof. Andrzej Fal.

Na mapie chorób cywilizacyjnych ważne miejsce zajmuje obszar psychiatrii. Prof. Marcin Wojnar, kierownik Katedry i Kliniki Psychiatrycznej Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego zwrócił uwagę na potrzebę stosowania „strategii redukcji szkód” w procesie walki z uzależnieniami, gdyż człowiek w nałogu zrobi wszystko, aby potrzebną substancję zdobyć.

„Musimy znaleźć złoty środek, czyli doprowadzić do sytuacji, aby uzależniony używał substancji jak najmniej szkodliwych” – podkreślił prof. Wojnar.

„Jeśli pacjent trafia do onkologa, czy kardiologa to jest już trochę za późno. Psychiatra leczy choroby mózgu, uzależnienie od nikotyny zalicza się do takich chorób – mówił prof. Jerzy Samochowiec. Podkreślił też, że to nie nikotyna jest czynnikiem wywołującym choroby odtytoniowe. – Rolą lekarza psychiatry jest zbudowanie relacji terapeutycznej z pacjentem oraz przekazanie mu informacji adekwatnych do jego stanu zrozumienia problemu uzależnienia od nikotyny, który w Polsce jest niedoceniany” – kontynuował profesor.

Uzależnienia nie stanowią dużego odsetka w psychiatrii, to jednak zabierają bardzo dużą ilość środków, jakie NFZ przeznacza na leczenie psychiatryczne. Zdaniem profesora walka z nałogiem powinna składać się z trzech elementów: zapobiegania rozpoczęcia palenia przez młodzież, pomocy palaczom w rzuceniu nałogu oraz programów redukcji szkód poprzez stosowanie alternatywnych produktów.

Wiele osób nie pozbędzie się jednak określonych nawyków, nawet jeśli negatywnie wpływają one na stan zdrowia.

„Należy się zastanowić dlaczego Polaków nie kusi zdrowy model życia? Dlaczego na młodzież nie działają programy edukacyjne? – mówiła się dr Ewa Chmielowska, onkolog ze Specjalistycznego Szpitala Onkologicznego NU-MED sp. z Tomaszowa Mazowieckiego. Przypomniała, że nie należy zapominać o nowotworach, które w Polsce są jedną z głównych przyczyn śmierci. – Do chorób cywilizacyjnych zaliczyłabym raka piersi, który jest najczęstszą przyczyną zgonów wśród kobiet” – dodała doktor.

Dyskusja o używkach, do których należy również cukier, jest kluczowa, aby edukować społeczeństwo do działań prozdrowotnych. O otyłości, która staje się coraz większym problemem Polaków mówił prof. Edward Franek, kierownik Kliniki Chorób Wewnętrznych, Endokrynologii i Diabetologii szpitala MSWiA w Warszawie.

„Otyłość jest chorobą, uzależnieniem od cukru, z którego nadmierną konsumpcją należy skutecznie walczyć” – zauważył prof. Franek.

Prelegenci podkreślali, że społeczeństwo do zmiany stylu życia należy przekonywać nieustannie.

„Znaczna część opinii publicznej jest obojętna na kampanie edukacyjne w myśl >>mnie to nie dotyczy<<. Nie wolno jednak zaprzestać tych działań, wręcz przeciwnie należy celować z apelami do konkretnych grup narażonych na określone choroby – stwierdził prof. Marcin Moniuszko, prorektor ds. Nauki i Rozwoju Uniwersytetu Medycznego w Białymstoku. – Ważna jest profilaktyka precyzyjna, polegająca na identyfikowaniu i docelowym działaniu na osoby o podwyższonym ryzyku wystąpienia problemów zdrowotnych. Poprzez zdefiniowanie czynników środowiskowych, genetycznych, które przyczyniają się do rozwoju różnych chorób, możemy jeszcze efektywniej docierać do konkretnych grup społecznych” – dodał profesor.

Jak zauważył dr Rafał Staszewski, zastępca prezesa ds. finansowania badań w Agencji Badań Medycznych, w obszarze badań w zdrowiu publicznym w Polsce zabrakło rozwiązań systemowych, zwłaszcza w zakresie dużych grantów umożliwiających realizację ogólnopolskich badań. Agencja Badań Medycznych chce uzupełnić tę lukę.

„Właśnie ogłosiliśmy pierwszy w historii tak duży program na badania epidemiologiczne. Chcemy skupić się na priorytetach, czyli nowotworach, chorobach układu sercowo-naczyniowego, w szczególności udarze mózgu, zaburzeniach metabolicznych, a także pediatrii” – powiedział wiceszef ABM.

Dodał także, że niezwykle ważne jest, aby zweryfikować wszystkie elementy wpływające na podejmowanie decyzji dotyczących zachowań zdrowotnych wśród polskiej populacji.

Eksperci z różnych dziedzin medycyny byli zgodni co do strategii zdrowia publicznego, jaka powinna być realizowana w naszym kraju oraz do wypracowania wspólnego konsensusu przez wszystkie towarzystwa naukowe. Jednak jak wskazywali uczestnicy debaty, aby odnieść sukces na poziomie populacyjnym, dyskusja nie powinna odbywać się jedynie w gronie klinicystów, ale powinna sięgać różnych ministerstw, nie tylko zdrowia, ale także edukacji, finansów, rolnictwa, czy rozwoju. Jak zaznaczył poseł dr Jarosław Sachajko, poseł na Sejm RP, zastępca przewodniczącego Komisji Rolnictwa i Rozwoju Wsi, potrzebny jest dialog pomiędzy różnymi środowiskami. W debacie publicznej, a także przy podejmowaniu kluczowych decyzji przez polityków, merytoryczny głos ekspertów medycznych powinien być w większym stopniu brany pod uwagę. Zintegrowany system ochrony zdrowia to system oparty na profilaktyce, redukcji szkód oraz wyjściu do pacjenta, który nie powinien być stygmatyzowany.

Na zakończenie debaty profesor Andrzej Fal zaproponował, aby eksperci wyrazili swoją wspólną opinię w obszarze nowoczesnego podejścia do problemu nałogu tytoniowego. Dokument w postaci rekomendacji mógłby posłużyć do dalszych prac resortu zdrowia na rzecz poprawy jakości zdrowia publicznego w Polsce.

Źródło informacji: PAP MediaRoom

Czytaj więcej
Przewiń dalej

Muzyka – pomoc w demencji

Jak pokazują naukowe badania, śpiew, taniec, a nawet uważne słuchanie muzyki może pomagać w zachowaniu lepszego stanu mózgu na starość i wyraźnie poprawia stan osób z demencją. Może podnieść ich nastrój, usprawnić myślenie i wspierać kontakty z innymi ludźmi.

Młodszy mózg

Muzyczne aktywności opóźniają starzenie mózgu – taką, pozytywną wiadomość donieśli niedawno naukowcy z Uniwersytetu Genewskiego. W badaniu z udziałem ponad setki emerytów zauważyli, że śpiewanie, a nawet słuchanie muzyki pobudza powstawanie istoty szarej w mózgu, co może opóźnić związane z wiekiem pogorszenie zdolności poznawczych. Ochotnicy nigdy nie uczyli się grać czy śpiewać, a w ramach badania wzięli udział w półrocznym programie zajęć muzycznych. Część ćwiczyła grę na pianinie, a pozostali uczyli się aktywnego słuchania – starali się m.in. rozpoznawać instrumenty, analizowali konstrukcję słuchanych utworów granych w różnych stylach.

„Po upływie sześciu miesięcy stwierdziliśmy wspólne efekty obu interwencji. Badania obrazowe mózgu wykazały wzrost istoty szarej w czterech obszarach zaangażowanych w wyższe funkcje poznawcze u wszystkich uczestników, włącznie z obszarami móżdżku odpowiedzialnymi za pamięć operacyjną. Ich wydajność wzrosła o 6%, a ten wynik był bezpośrednio skorelowany z plastycznością móżdżku” – mówi główna autorka eksperymentu prof. Clara James.

Wspomina o pamięci roboczej, ponieważ, jak podkreśla, to właśnie ten rodzaj pamięci najszybciej ulega związanym z wiekiem zmianom. Między grupami były też różnice. U osób uczących się grać na pianinie nie zmieniła się pierwszorzędowa kora słuchowa – główny region odpowiedzialny za przetwarzanie dźwięku, podczas gdy jej objętość zmalała u osób z drugiej grupy. Można to jednak łączyć raczej z upływem czasu – eksperyment trwał pół roku, a ochotnicy mieli od 62 do 78 lat.

„Dało się zaobserwować ogólny wzorzec zmniejszania się mózgu u wszystkich uczestników. Dlatego nie możemy wnioskować, że interwencje muzyczne odmładzają mózg. Przeciwdziałają one tylko starzeniu się w konkretnych regionach – mówi Damien Marie główny autor pracy opublikowanej w piśmie >>NeuroImage<<. – Spowolnienie utraty masy mózgu z pewnością można jednak uznać za sukces”.

Muzyczny most

Opublikowane w ubiegłym roku badanie przeprowadzone na Northwestern University pokazało, że muzyka pomaga cierpiącym na demencję osobom w nawiązywaniu kontaktu z bliskimi. Jak przypominają naukowcy, osoby z takimi zaburzeniami, w późnych stadiach tracą nawet zdolność do werbalnego komunikowania się z innymi. W programie „Musical Bridges to Memory” (muzyczny most do przeszłości) specjalny zespół grał na żywo utwory z młodości pacjentów. Razem z opiekunami chorzy śpiewali, grali na prostych instrumentach lub tańczyli. Jak wyjaśniają badacze, tworzyło to emocjonalną więź między pacjentem i opiekunem. Jednocześnie, zarówno u cierpiących na demencję osób jak i opiekunów rosło społeczne zaangażowanie, a malały dolegliwości neuropsychiatryczne, takie jak rozdrażnienie, lęk i depresja.

„Pacjenci mieli możliwość nawiązania kontaktu z opiekunami za pomocą muzyki – utworzyli połączenie, które nie było dla nich dostępne werbalnie – wyjaśnia prof. Borna Bonakdarpour, autor badania. – Rodzina i przyjaciele osób z demencją także cierpią z powodu choroby. To dla nich bolesne, gdy nie mogą nawiązać kontaktu z bliską osobą. Kiedy języka już nie można wykorzystać do komunikacji, muzyka stwarza między nimi most” – mówi.

Badacze tłumaczą, że związane z muzyką czy nawet tańcem wspomnienia są zapisane głęboko w mózgu i pozostają dostępne jeszcze po tym, jak inne ślady pamięciowe, czy nawet zdolność mówienia zanikną.

Lepszy nastrój, sprawniejsza pamięć

Jak pokazało badanie ekspertów z Uniwersytetu Helsińskego, kontakt z muzyką – a konkretnie – śpiewanie może podnosić nastrój i poprawiać pamięć u osób z demencją, przynajmniej na wczesnym etapie. W projekcie wzięło udział 89 par chory-opiekun, z których część wzięła udział w 10-tygodniowym programie zajęć muzycznych obejmujących śpiewanie, część – w podobnych zajęciach ale tylko ze słuchaniem muzyki, a części zapewniono standardową opiekę. Po dziewięciomiesięcznej obserwacji okazało się, że zajęcia muzyczne poprawiały różne zdolności poznawcze, takie jak pamięć robocza, funkcje wykonawcze czy orientacja oraz redukowały depresję, w porównaniu do typowej opieki. Dalsza analiza ukazała kolejne informacje. Śpiewanie najbardziej pomagało osobom z wczesną fazą demencji i przed 80. rokiem życia, u których poprawiało pamięć, funkcje wykonawcze i orientację. Słuchanie muzyki natomiast okazało się szczególnie wartościowe dla osób z zaawansowaną demencją. Natomiast obie aktywności podnosiły nastrój, przy czym, najbardziej u osób z łagodną demencją typu Alzheimera. Muzyka działała przy tym niezależnie kontaktu chorych z nią w przeszłości.

„Zważywszy na rosnące globalne występowanie i obciążenie demencją oraz ograniczone zasoby opieki zdrowotnej przeznaczone dla chorych i ich rodzinnych opiekunów, ważne jest znalezienie alternatywnych sposobów utrzymania i stymulacji funkcjonowania poznawczego, emocjonalnego i społecznego w tej populacji – mówi autor badania, dr Teppo Särkämö. – Nasze wyniki sugerują, że rekreacyjne, muzyczne aktywności mogą być łatwo zastosowane i powszechnie wykorzystywane w opiece i rehabilitacji osób z demencją. Szczególnie stymulujące i angażujące zajęcia, takie jak śpiewanie, wydają się bardzo obiecujące w utrzymaniu funkcjonowania pamięci na wczesnych stadiach demencji” – dodaje.

Muzyczny test wykrywa demencję

Oprócz wsparcia terapii, muzyka może pomóc jeszcze w innym kluczowym zadaniu – detekcji problemów z pamięcią i myśleniem. Grupa ekspertów z Uniwersytetu w Tel Awiwie opracowała bowiem muzyczny test do wykrywania ubytków poznawczych. Opiera się on na 15-minutowym pomiarze aktywności elektrycznej mózgu w czasie, gdy pacjent wykonuje proste muzyczne zadania. Jak podkreślają naukowcy, system można z łatwością wdrożyć w dowolnej klinice, bez specjalistycznych szkoleń personelu.

„Nasza metoda umożliwia rutynowe monitorowanie i wczesne wykrywanie pogorszenia sprawności poznawczych. Pozwala to na zapewnienie lepszego leczenia i zapobieganie szybkiemu, ciężkiemu pogorszeniu stanu pacjenta. Profilaktyczne badania tego rodzaju są powszechnie akceptowane w przypadku różnych problemów fizjologicznych, takich jak cukrzyca, nadciśnienie czy rak piersi, a jednak do tej pory nie opracowano jeszcze metody umożliwiającej rutynowe, łatwo dostępne monitorowanie mózgu w celu wykrycia problemów poznawczych” – mówią twórcy testu.

Jak wyjaśniają, muzyka w silny sposób oddziałuje na różne obszary mózgu. Często podnosi nastrój, ale też stawia mózgowi nie lada wymagania. I tutaj może leżeć jej wartość dla osób z poznawczymi ubytkami.

Źródło informacji: Serwis Zdrowie

Czytaj więcej
Przewiń dalej

Hikikomori – świat w czterech ścianach

Uciekają od życia i świata, zamykając się w czterech ścianach i rezygnując z realnych kontaktów z innymi. Często są zanurzeni w wirtualnej rzeczywistości. O ile wcześniej wiązano to zjawisko z kulturą Japonii, to obecnie obserwuje się tę przypadłość w innych społeczeństwach. Naukowcy starają się ją zrozumieć.

Dla niektórych świat zamyka się do granic własnego domu, albo nawet pokoju, wyjście do sklepu po jedzenie to dla nich wyzwanie i jeśli to możliwe, wielu tego nie robi. Realny kontakt z innymi ograniczony zostaje do minimum. Tak manifestuje się hikikomori. To połączenie dwóch japońskich słów – „hiku” oznaczające wycofywanie się oraz „komoru”, co znaczy ukrywać się, chronić. Nazwa powstała w Japonii, ponieważ ten właśnie kraj od wielu lat notuje występowanie tej przypadłości – ocenia się, że dotyka ona ponad 1 Japończyka na 100.

Początkowo, w latach 70-tych problem dotyczył głównie nastolatków, jednak teraz jego ofiarą padają ludzie w różnym wieku. Objawy podobne do hikikomori zaczęło pojawiać się w innych krajach Azji, a potem poza nią. Wszędzie powoduje cierpienie samych ofiar oraz obciążenie dla społeczeństwa. Niektórzy eksperci mówią już o globalnym problemie.

Ucieczka od wyzwań i zagrożeń

Według definicji, o hikikomori można mówić przy wycofaniu z życia przez co najmniej sześć miesięcy. Zaburzenie może mieć różne nasilenie – niektórzy wychodzą z domu 1-3 razy tygodniowo, inni raz na tydzień, a cześć prawie nie wychodzi z własnego z pokoju.

Pytanie – dlaczego? Czasami izolacji towarzyszą inne problemy czy nawet choroby psychiczne. Jednak nie zawsze tak się dzieje. Eksperci wskazują, że w dużej mierze za odcięciem się od reszty świata stoi lęk. Świat jest bowiem pełen zagrożeń, wyzwań, trudności, zgiełku, jest chaotyczny i nieprzewidywalny. W takich krajach jak Japonia nacisk kładzie się na silne dostosowanie do społeczeństwa, często kosztem własnej indywidualności. Z kolei w krajach o kulturze indywidualistycznej dokucza presja na osiągnięcia i sukcesy, a z takim napięciem nie każdy sobie radzi.

Niejedna osoba może nie chcieć tak żyć, a nie zawsze widzi alternatywę i niektórzy powoli wycofują się do własnego świata. Oprócz realnych wyzwań ludzką psychikę coraz agresywniej atakują docierające z każdej strony „wiadomości”. Cudzysłów jest zamierzony, ponieważ, jak zwraca uwagę część badaczy, przedstawiane materiały często mają za zadanie raczej wywołać reakcję emocjonalną i przykuć widza lub słuchacza, niż udostępnić potrzebne informacje. Stąd nieustanne przekazy o tragediach, dramatach, czarne prognozy. Nagminne generowany jest lęk, przy niedoborze przekazów dających nadzieję i pokazujących rozwiązania. Przy odpowiedniej dawce kontaktu z takimi materiałami świat oraz zamieszkujący go ludzie mogą coraz silniej jawić się jako zagrożenie, od którego po prostu najlepiej byłoby uciec.

Ofiary hikikomori mogą więc odrzucać więc realną rzeczywistość, m.in. dlatego że nie mogą mieć nad nią kontroli. A dochodzi do tego coraz bardziej rozbudowany świat cyfrowy, które obecnie nie tylko oferuje mnóstwo wirtualnych bodźców różnego rodzaju, ale także można go dopasować pod własne potrzeby i w znaczącym stopniu właśnie kontrolować, czuć się w nim – niestety – tylko pozornie bezpiecznie. Niemniej jednak taki świat niejako spełnia życzenia swojego gospodarza. Dom lub pokój z komputerem jawi się zatem jako miejsce ucieczki, bezpieczny azyl. Staje się jednocześnie niemal równie pełnoprawną opcją do spędzania w nim życia, jak realna rzeczywistość. Pojawia się przy tym klasyczne błędne koło – zamknięcie w wirtualnych realiach może nasilać izolację i poczucie samotności, które jeszcze silniej popychają do ucieczki w cyfrowy świat. Znamienne jest także to, że takie osoby są aktywne przede wszystkim nocą. Według niektórych specjalistów może to ułatwiać zacieranie granic pomiędzy prawdziwym światem a wirtualnym. W przypadku obecnych zaburzeń towarzyszących, takich jak depresja czy nerwice, nie jest jasne, czy są one wynikiem hikikomori, czy może, raczej przyczyniły się do jego rozwoju u danej osoby. Problem jest jednak cały czas badany i definitywnych odpowiedzi często brakuje. 

Internet szkodzi czy pomaga?

Niektóre dane mogą się przy tym wydawać sprzeczne z ogólnym obrazem. Niedawno zespół z University of Bath doniósł o tego rodzaju odkryciu. Naukowcy przeprowadzili ankiety wśród ponad ochotników z różnych krajów, w trakcie epidemii COVID-19. Jak się okazało, więcej czasu spędzonego w lockdownie podnosiło ryzyko hikikomori – tego można się było spodziewać. Jednak większa część tego okresu spędzona w internecie wiązała się ze spadkiem zagrożenia.

„Badanie to, które objęło uczestników z 45 krajów wskazało, że media społecznościowe mogą mieć pozytywny wpływ w okresie izolacji” – wyniki komentuje dr Brenda K. Wiederhold, redaktor naczelny pisma „Cyberpsychology Behavior and Social Networking”, w którym badanie zostało opublikowane. „Czy korzyści płynące z korzystania z mediów społecznościowych w czasie pandemii COVID-19 i związany z tym spadek ryzyka hikikomori utrzyma się w społeczeństwie popandemicznym, pokażą jednak dopiero przyszłe badania” – piszą autorzy publikacji. 

Niewykluczone biologiczne podłoże

Zaburzenie może mieć także podłoże biologiczne, lub przynajmniej zmieniać biologię swojej ofiary. Niedawno poinformowali o tym badacze z Uniwersytetu Kiusiu. Otóż odkryli oni, że we krwi osób z syndromem hikikomori można wykryć zmienione stężenia wielu ważnych biologicznie cząsteczek. Na tej podstawie można nie tylko rozróżnić osoby dotknięte tym zaburzeniem od zdrowych, ale nawet oszacować siłę zaburzenia.

„Psychiczne choroby, takie jak depresja, schizofrenia, czy fobie społeczne czasami można zaobserwować u osób z hikikomori. Jednak dotychczasowe badania pokazują, że to nie jest takie proste, że to jest złożone zaburzenie, które czasami pokrywa się z różnymi psychiatrycznymi i niepsychiatrycznymi problemami. Zrozumienie tego, co dzieje się u tych osób z biologicznego punktu widzenia, ogromnie pomoże nam w diagnozowaniu i leczeniu hikikomori” – twierdzi prof. Takahiro A. Kato, autor pracy opublikowanej w piśmie „Dialogues in Clinical Neuroscience”.

Jego zespół porównał skład krwi 42 osób z zaburzeniem i 41 zdrowych.

„Część wyników pokazała, że u mężczyzn z hikikomori można wykryć więcej ornityny i wyższą aktywność arginazy, podczas gdy bilirubiny i argininy było mniej. Zarówno u mężczyzn, jak i u kobiet poziom wyższy był poziom długołańcuchowej acylokarnityny. Co więcej, dzięki dokładniejszej analizie tych danych byliśmy wstanie rozróżnić zdrowych od chorych oraz określić nasilenie problemu” – podkreśla naukowiec.

Jak tłumaczy, np. powstająca przy udziale wspomnianej arginazy ornityna bierze udział w różnych istotnych dla organizmu procesach, w tym w regulacji ciśnienia krwi. Bilirubina powstaje natomiast przy rozkładzie czerwonych krwinek i jej stężenie może wiele powiedzieć o stanie wątroby. 

Zaburzenia poziomu tej substancji zauważa się na przykład u osób z ciężką, a nawet sezonową depresją. Z kolei acylokarnityna to substancja ważna dla dostarczania energii do mózgu. Jej stężenie np. maleje pod działaniem leków przeciwdepresyjnych.

„Identyfikacja biomarkerów typowych dla hikikomori to pierwszy krok w stronę odkrycia biologicznych przyczyn tego stanu i powiązania ich z nasileniem choroby. Mamy nadzieję, że nasze odkrycie pozwoli na lepsze, specjalistyczne leczenie i wsparcie dla osób z tym problemem – mówi prof. Kato. – Wiele pytań nadal wymaga odpowiedzi. Nie rozumiemy na przykład powodów stojących za zmianami w biomarkerach. Dzisiaj hikikomori rozprzestrzenia się po całym świecie, więc musimy także prowadzić międzynarodowe badania, aby zrozumieć podobieństwa i różnice między pacjentami z różnych części globu” – dodaje specjalista. 

Marek Matacz dla zdrowie.pap.pl 

Źródła:
Prace naukowa na temat występowania zaburzenia
Lancet: https://www.thelancet.com/journals/lanpsy/article/PIIS2215-0366(18)30428-0/fulltexthttps://www.webofscience.com/wos/woscc/full-record/WOS:000478903200002?SID=EUW1ED0C98dvdrfVapdVOcWrIwClc
 Praca naukowa na temat definicji hikikomori
 Doniesienie na temat wpływu epidemii i mediów społecznościowych
 Doniesienie na temat zmian w biomarkerach
 „Fobia społeczna, hikikomori, kokonizm ‒ o potrzebie odosobnienia w społeczeństwie informacyjnym” – opracowanie autorstwa Barbary Konopki z Uniwersytetu Śląskiego.

Źródło informacji: Serwis Zdrowie

Czytaj więcej
Przewiń dalej

Po udarze nawet ponad połowa chorych zapada na depresję

Po udarze chory często ma poczucie, że jego życie nieodwracalnie się zmieniło, obawia się, że nie wróci do pełni zdrowia. Czuje się bezużyteczny i zamyka się w sobie. Rozwija się depresja. W tej sytuacji można pomóc.

Udar polega na tym, że na skutek zatrzymania dopływu krwi do mózgu dochodzi do obumarcia części jego komórek. Jeśli mamy do czynienia z udarem krwotocznym, w mózgu pęka naczynie i krew zalewa tkankę mózgową.

W zależności od rozległości udaru oraz od prędkości udzielenia pomocy jego skutki będą różne, jednak najczęściej są to zaburzenia czucia i równowagi, problemy z prawidłowym wysławianiem się oraz niedowład jednej strony ciała. 

Powrót do zdrowia trwa zazwyczaj dość długo i nie zawsze udaje się przywrócić stan sprzed udaru. Wcześniej w miarę zdrowy i sprawny człowiek nagle staje się niepełnosprawny. Wiele osób nie umie sobie z tym poradzić. W ciągu 3-6 miesięcy u części chorych zaczyna rozwijać się depresja, ale specjaliści zwracają uwagę, że jej objawy mogą się równie dobrze pojawić się nawet 3 -5 lat po udarze. 

„Depresja i depresja subkliniczna zdarza się prawie u 50 proc. pacjentów po udarze, lęk u kolejnych 50 proc. – mówimy więc o psychiatrycznych następstwach udaru, które dotykają większości tych chorych. Umysł chorego wybiega do przodu i tworzy czarne scenariusze – to lęk uogólniony. Lękowi o zdrowie i życie często towarzyszy lęk paniczny, że nastąpi coś niespodziewanego, może kolejny udar, że życie chorego jest zagrożone. Mogą to być też mieszanina lęku i depresji czyli zaburzenia lękowo – depresyjne” – opisuje psychiatra dr hab. n. med. Sławomir Murawiec certyfikowany psychoterapeuta sekcji naukowej psychoterapii PTP. Członek zarządu Głównego Polskiego Towarzystwa Psychiatrycznego, rzecznik prasowy PTP.

Kto jest bardziej narażony na depresję poudarową:

    płeć żeńska,
    osoby, u których w wywiadzie rodzinnym jest depresja lub zaburzenia lękowe,
    osoby, które w przeszłości miały depresję lub zaburzenia lękowe, 
    osoby, które chorują na inne choroby somatyczne szczególnie (podkreśla się dużą wagę cukrzycy),
    gdy jest niskie wsparcie społeczne,
    gdy doszło do strukturalnego uszkodzenie płata czołowego i jąder podstawy płata lewej półkuli.
Co ciekawe, duży stopień niepełnosprawności zwiększa ryzyko zachorowania tylko w 10 procentach. Ale to oznacza, że trzeba zwracać baczną uwagę na tych pacjentów, którzy nie utracili sprawności w znacznym stopniu.Czy to już depresja?

Zakres objawów depresyjnych może być różny: może wiązać się z apatią, albo ze złością i frustracją. Najczęściej chory odczuwa brak motywacji, nie wykazuje inicjatywy, nie interesuje go kontakt z otoczeniem – zarówno szeroko rozumiane życie społeczne, jak i w odniesieniu do osób bliskich. 

„Mówimy nawet o pseudo otępieniu, gdy obraz kliniczny sugeruje otępienie, a tak naprawdę jest to depresja lub apatia w przebiegu depresji. To wszystko wpływa negatywnie i na samopoczucie i na powrót do zdrowia. Wielu chorych złości się i na siebie, że nie może teraz wykonywać prostych czynności, i na otoczenie, choć wie, że ta złość jest irracjonalna” – mówi psychiatra. 

Depresja poudarowa przypomina depresję wywołaną innymi przyczynami, choć są pewne różnice – charakterystyczne są zaburzenia snu, objawy wegetatywne czy wycofania społecznego.

Po czym poznać, że chory po udarze ma depresję 

    jest niekomunikatywny, przez większość dnia unika mówienia
    często jest smutny, ma uczucie pustki
    jest drażliwy, łatwo się denerwuje, często się złości się, jest sfrustrowany 
    ma poczucie beznadziejności, narzeka, że nic dobrego go już w przyszłości nie spotka 
    czuje się winny („nie dbałem o siebie”)
    odczuwa ciągłe zmęczenia, spowolnienie umysłowe, 
    ma zmiany apetytu
    czuje się bezwartościowy, ma niską samoocenę, uważa, że już nikomu się nie przyda, że jego życie się skończyło
    cierpi na bezsenność, wcześnie budzi lub jest nadmiernie senny, śpi w ciągu dnia
     wycofuje się z aktywności, utracił zainteresowania czynnościami, które kiedyś były interesujące, to co wcześniej sprawiało mu przyjemność teraz go interesuje (anhedonia)
    uczucie beznadziejności albo rozpaczy,
    nie widzi sensu dalszego życia, ma myśli samobójcze.
Liczy się kontekst

Szczepan Twardoch w jednej ze swoich książek opisuje historię chirurga, który przebył udar. Jako, że był człowiekiem szanowanym i lubianym zaproponowano mu pracę w administracji szpitala, jednak okazało się, że nie był w stanie solidnie jej wykonywać. Znalazł sobie pracę w kotłowni szpitalnej, ale niestety zakończyło się to samobójstwem. 

„Ta historia pokazuje całą sekwencję zdarzeń. Ważne jest żeby w takiej sytuacji  brać pod uwagę kontekst – w tym przypadku pacjentem był lekarz, który na skutek udaru stracił pewne funkcje. Pojawił się brak wiary we własne siły, uczucie beznadziei, brak przydatności. Silny jest kontekst utraty” – zwraca uwagę dr Murawiec.
 

Co można zrobić

Głównym czynnikiem, który powoduje lęk i depresję jest obawa chorego, że nie wróci do pełni do zdrowia i że udar wystąpi ponownie. 

„W takiej sytuacji ważna jest właściwa opieka medyczna. Pacjent oprócz tego, że musi być właściwie leczony, musi mieć świadomość tego, że jest właściwie leczony, że została wprowadzona profilaktyka wtórna udaru, że zostało włączone leczenie objawowe, które nie nasila powikłań chociażby takich jak spastyczność i że to leczenie jest monitorowane przez lekarz, a w razie wystąpienia objawów ubocznych będzie zmienione” – uważa dr n. med.

Tomasz Berkowicz, ordynator Oddziału Neurologicznego i Udarowego Miejskiego Centrum Medycznego im. dra Karola Jonschera w Łodzi.

Niezbędne jest prowadzenie rehabilitacji poudarowej, która pozwoli choremu odzyskać utraconą sprawność. Uzupełnieniem tych działań powinno być wsparcie psychologiczne, motywująca psychoedukacja i w razie potrzeby – wsparcie socjalne.

Gdy stan psychiczny pacjenta po udarze nie poprawia się konieczne może okazać się włączenie farmakoterapii. Lekami pierwszego wyboru w tej populacji są selektywne inhibitory wychwytu zwrotnego serotoniny (SSRI).  Wybór konkretnego preparatu zależy od podstawowego rozpoznania i objawów, potencjalnych działań niepożądanych oraz interakcji z innymi lekami. W przypadku uzyskania dobrej odpowiedzi na leczenie należy kontynuować je przynajmniej 12 miesięcy – nieco dłużej niż w leczeniu depresji z innych przyczyn. 

„Nie odraczajmy w czasie leczenie przeciwdepresyjnego u pacjentów po udarze, jest ono pomocne nie tylko w łagodzeniu depresji, ale przynosi także korzyści neurologiczne i dla rokowania długoterminowego” – podkreśla dr Tomasz Berkowicz.
 

Zmotywuj pacjenta do leczenia

Warto znaleźć czas na spokojną rozmowę z takim pacjentem, bo od niej może zależeć skuteczność leczenia. Nie wystarczy bowiem powiedzieć: proszę brać te leki, trzeba przekonać chorego, że ich branie ma sens, pomóc znaleźć mu motywację do leczenia – przekonuje specjalista.

„Kiedyś do mojego gabinetu pewna pani przyprowadziła swojego męża, profesora uniwersyteckiego w dziedzinie humanistycznej. Minęło kilka miesięcy od udaru, a on nie odzyskał poziomu funkcjonowania sprzed choroby, miał poważne trudności w relacji z żoną i osobami bliskimi. Żona opowiadała, że całymi dniami siedzi bezczynnie, nie odzywa się, nic nie robi, złości się bez powodu, mówi o sobie złe rzeczy. Kiedy zaczęliśmy rozmawiać, pacjent zaczął mówić, że się do niczego nie nadaje, że czuje się bezwartościowy. Uważał, że jego życie się skończyło, że jest bezużyteczny dla społeczeństwa. Był zdruzgotany. Najpierw nie chciał brać leków, ale kiedy udało mi się go do tego przekonać, wkrótce zaczął czuć się lepiej, mówił, że nie odczuwa już takiego smutku, przestał być drażliwy, a nawet zaczął pracować – jak kiedyś pisał teksty dla uczelni, co prawda w mniejszym wymiarze, ale to dało mu poczucie przydatności i celu. Znowu czuł się potrzebny” – opowiada lekarz.

Źródło informacji: Serwis Zdrowie 

Czytaj więcej
Przewiń dalej

Częste objawy chorych na łuszczycę

Trudny do opanowania świąd i wstyd. To częste u chorych na łuszczycę

Jeśli tylko pogarsza się stan, skóra sypie się, łuska jest wszędzie. Na skórze są sączące się rany, świąd jest trudny do opanowania. Ale łuszczyca to choroba ogólnoustrojowa i trzeba dbać szczególnie nie tylko o skórę. O tym, jak żyje się z łuszczycą, opowiada pacjentka, Anna Otok, koordynująca infolinię PSOs łuszczyca.

Obsługujesz infolinię łuszczycową, uświadamiasz ludzi, jak i gdzie się leczyć. Twoja droga do tej infolinii była jednak długa i kręta.

Doprowadziło mnie do niej ostatnie siedem lat. Wcześniej było siedem lat ciemnicy, cierpienia. Dzięki fundacji Amicus, gdy byłam w wielkim kryzysie chorobowym, trafiłam w odpowiednie miejsce i moje życie się zmieniło. Przez te lata zdobyłam siłę i chcę dobro, które dostałam, oddać innym, pokazać, że z tym choróbskiem da się żyć normalnie.

Chcę, by chorzy uwierzyli, że jest sposób skutecznego leczenia. Praca na infolinii jest też dla mnie dobrą terapią – nie mogę się poddać, skoro mam wspierać i motywować innych. Staram się wskazywać, które informacje w internecie na temat łuszczycy są sprawdzone, bo jest milion bzdur. W social mediach jest bardzo dużo naciągaczy. Ludzie wydają majątek na polecane suplementy. A stan nadal tylko pogarsza się, skóra sypie się, łuska jest wszędzie. Robią się sączące rany. Szczypie, piecze. Nawet sama woda potrafi sprawić ból. Kiedyś prawie tydzień nie spałam. Złapałam więc lęk, że dostanę zawału z powodu braku snu.

Kto dzwoni na infolinię?

Chorzy, którzy mają zajęte przez łuszczycę powyżej 10 proc. ciała, a nawet i więcej. 80 proc. z nich słyszy od lekarza: „Proszę się smarować i zaakceptować chorobę”. Dermatolog nie informuje ich, że są skuteczne leki, że gdzieś można się zgłosić. Pracując na infolinii, chcę się zrewanżować za pomoc, jaką otrzymałam. I nie chcę, żeby ktoś tak długo jak ja błąkał się. Wiem, jak było mi ciężko, a jak teraz jest dobrze. Odpowiednie pokierowanie pacjenta jest bardzo ważne. Potem dzwonią i dziękują: nie spodziewałam się, że tak szybko uzyskam pomoc. W naszej fundacji jest psycholog dla skóry. Chorzy mogą się otworzyć, opowiedzieć o wszystkim.

Opowiedz o latach „ciemnicy”.

Znałam tę chorobę, ponieważ mama na nią cierpi. Niemniej moja łuszczyca na początku była inna niż jej. Miałam 20 lat, sporadycznie występowały czerwone zmiany na skórze, z czasem jednak opanowały prawie całe ciało. Intensywniej było jesienią i zimą, latem leczyło słońce. Dermatolodzy na początku twierdzili, że możliwe, że mam uczulenie na barwniki i mam nie nosić czarnej, granatowej i czerwonej odzieży. Dostosowałam się do zlecenia, a jednak stan zaostrzał się.

Pełniłam w tym czasie kierowniczą funkcję, poszłam do lekarza medycyny pracy. Powiedział, że jeśli mnie zobaczy następnym razem  w takim stanie, nie wystawi mi zaświadczenia, że mogę kontynuować pracę, bo stres może zaostrzać tę chorobę. Tak trafiłam do pani doktor, która od progu spytała, po co tu przyszłam, skoro to nie mój rewir, a dermatologia nie ma rejonizacji przecież. Potem rzuciła słowem łuszczyca i zaatakowała mnie pytaniami o dentystę. Usłyszałam reprymendę, że mam na pewno łuszczycę od próchnicy zębów. I że leczenia nie zacznie, dopóki nie przyniosę zaświadczenia od stomatologa. Szybko zaczęła dyktować, jak mam używać maści. Spytałam więc, czy mogłaby mi te wskazówki zapisać, usłyszałam krótkie: nie. Nie miałam długopisu, nie pożyczyła mi swojego. Praktycznie wyrzuciła mnie z gabinetu, a przecież przyszłam dopytać… Wyszłam zaryczana, poczułam się, jak trędowata. Powiedziałam do mamy: “Nigdy więcej nikomu na oczy się nie pokażę”.

Zamknęłaś się przed ludźmi?

Tak, na około 3 lata. Zmiany narastały, już nie schodziły. Latem nie miałam się w co ubrać. Nosiłam koronkowe rękawiczki, bo miałam całe dłonie w ranach. Nosiłam szaliki, bo cała szyja była wysypana. Sypało mi się z głowy. Opatulałam się w swetry, długie spodnie, podkolanówki, bo na stopach też było widać czerwone plamy. Wstydziłam się swojego ciała. Jak z przyjaciółmi jechałam na wakacje, poprosiłam, żeby mnie wrzucili do wody w ubraniu, że niby w zabawie, żebym mogła sobie popływać. Nie byłam w stanie się rozebrać wśród ludzi. Powiedzieli, że w takim razie nie wezmą mnie  na ten wyjazd, chyba że uspokoję się. Wtedy pierwszy raz rozebrałam się na plaży.

I…

Dziecko wytykało mnie palcem. Mama wraz z nim zaczęła się ze mnie śmiać i głośno komentować mój wygląd… Wtedy już zupełnie załamałam się.

Makabra.

No mniej więcej. W pewnym momencie trafiłam przypadkiem na dziewczynę z łysieniem plackowatym. Ona łysa, ja czerwona, obydwie zakamuflowane. Powiedziała, że jej koleżanka chora na łuszczycę z czegoś skorzystała, co jej bardzo pomogło. Okazało się, że to badania kliniczne. Było mi wszystko jedno, czy od tych badań dostanę raka czy nie, byleby coś dało mi pół roku normalności. W programie byłam około 2 lat. Nastąpiła spora poprawa.

Niestety, zakończył się z dnia na dzień, odebrano mi leki z informacją, że niedługo ruszy nowy program, żebym wytrzymała, dadzą znać. Gdy zadzwoniłam dzień przed wyznaczoną datą, bo nie odzywali się, okazało się, że program jednak nie ruszył, a oni trzymają za mnie kciuki… Prywatny ośrodek wypiął się na mnie, a ciało zaliczało akurat odbicie polekowe i tak źle nie wyglądało nigdy wcześniej. Bałam się rano wstać z łóżka, czułam, jakby ciało po kawałku odpadało, bałam się spojrzeć w lustro, by sprawdzić, czy mam jeszcze uszy… Znów złapałam kryzys psychiczny. Próbowałam pójść do pracy, ale gdy moja szefowa zobaczyła, w jakim jestem stanie, zaproponowała urlop. Dużo przy niej płakałam, rozmył mi się makijaż, spływał tusz do rzęs i uwidoczniły się zmiany na twarzy. Wiem, że nie chciała, abym czuła się w pracy niekomfortowo. Jednak na mnie propozycja urlopu źle podziałała, bo praca trzymała mnie w ryzach, ludzie mnie znali jeszcze sprzed choroby. Znów obraziłam się na świat.

To wtedy zaczęłaś dużo czytać o łuszczycy?

Tak, chwytałam się wszystkiego: metod naturalnych, siłowni, diet, witamin. Nic to nie dawało. 7 lat temu, nie było dużo materiałów w internecie na temat łuszczycy, raczej blogi. Dzięki szperaniu trafiłam na fundację Amicus, poszłam na konferencję o problemach w leczeniu łuszczycy. Wtedy wreszcie zapaliła się lampka: nie jestem z tym sama. Wcześniej znałam osoby z łuszczycą typową – kolana, łokcie, głowa. Dlatego widząc swój stan, zaczęłam myśleć, że może mam inną ukrytą chorobę. Pani Dagmara Samselska, szefowa Fundacji „Amicus” i Unii Stowarzyszeń Chorych na Łuszczycę i ŁZS (łuszczycowe zapalenie stawów), poprosiła mnie o wolontarystyczną pomoc w przygotowaniu konferencji.

Choć bardzo starałam się, byłam w tak kiepskim stanie, że wpadałam w histerię. I nagle na tej konferencji zobaczyłam uśmiechnięte dziewczyny, które rozmawiały o łuszczycy. Zastanawiałam się, gdzie one tę łuszczycę mają? To od nich dowiedziałam się, że są możliwości i ścieżki leczenia. Na konferencji była pani doktor, u której leczę się do dziś. Przeszłam leczenie ogólne. Miałam naświetlania lampą PUVA – nie pomogły. Skorzystałam z programu klinicznego, żeby przedłużający się i duży wysyp wyciszyć. Między terapiami przeszłam łysienie plackowate – w ciągu miesiąca straciłam włosy z połowy głowy. Mimo to tak ufałam lekarzom, którzy się mną opiekowali, że nawet przez chwilę nie poczułam strachu. Wiedziałam, że jestem w dobrych rękach. Dobrali taką terapię, że w krótkim czasie pojawił się na głowie jeżyk. Moja łuszczyca, jak widać, ma postać nawrotową. Jeśli nie biorę leków, w ciągu dwóch tygodni atakuje ciało.

Ale też wyjątkowo dbasz o siebie.

No tak. Chodzę raz na pół roku do dentysty. W czasie wysypu mam mniej energii, bardzo mocno atakuje mi dłonie. Wtedy zaczyna się problem z gotowaniem, ze zdrowszym odżywianiem, nie mówiąc już o jakiekolwiek aktywności. Słabym punktem u mnie jest też skóra na głowie. Świąd jest nie do zniesienia, nie śpię.

Gdy ciebie słucham, odnoszę wrażenie, że choroba w końcu stała się czymś dobrym w twoim życiu.

No tak, kiedyś myślałam, że straciłam wszystko, że nic dobrego mnie w życiu nie czeka. Pytałam siebie, dlaczego ja, co komu złego zrobiłam? Dziś będąc pod bardzo dobrą opieką, nauczyłam się życia z chorobą. Pani Dagmara Samselska, szefowa Fundacji „AMICUS” i Unii Stowarzyszeń Chorych na Łuszczycę i ŁZS, od początku proponowała mi udział w kampaniach społecznych. To dało mi siłę. Pokazałam twarz. Byłam w TV, w radio – otworzyłam się. Po latach chodzenia w ubraniach, rozebrałam się latem. Powiedziałam sobie, że choćby mnie wysypało całą, żadna uszczypliwość nie ubierze mnie od stóp do głów…

Coraz więcej ludzi wie, że łuszczyca nie zaraża, a mimo to chorzy wciąż muszą się tłumaczyć.

Ja też ciągle musiałam tłumaczyć, co mi jest, przekonywać, że nie zarażam.

Łuszczyca oprócz tego, że jest chorobą skóry i duszy, niszczy też organizm od wewnątrz.

Tak, dlatego wciąż trzeba być pod kontrolą lekarza. Pacjenci, którzy zmian na skórze mają niewiele, zazwyczaj pod kontrolą nie są. To błąd, bo łuszczyca może być agresywna w środku. W moim przypadku terapie biologiczne zmniejszyły ryzyko łuszczycowego zapalenia stawów. Staram się być pozytywnie nastawiona, nie skupiać się na cierpieniu, działać, jak coś się dzieje. Nie wolno się podawać, bo ta choroba tego nie lubi. Gdy pojawią się pierwsze objawy którejś z chorób towarzyszących, należy biec do lekarza. Medycyna jest już tak rozwinięta, że może nam pomóc.

Ucząc się przez lata łuszczycy, wiesz, jakie badania robić systematycznie.

Wiem, jakie badania robić i że trzeba zdrowo się odżywiać. Dieta jest czynnikiem wspierającym leczenie, choć sama nie leczy. Im organizm jest w lepszej kondycji, tym mniej stanów zapalnych, mniejsze wysypy, tym lepiej tolerujemy leczenie, nie odczuwamy skutków ubocznych. Nadwaga też nie sprzyja leczeniu, a przecież chorzy są narażeni na otyłość, choroby naczyniowo-sercowe, odłuszczycowe reumatoidalne zapalenie stawów. Zmagam się też z nadciśnieniem.

Raz w roku robię cały pakiet badań. Jestem pod opieką endokrynologa, kontroluję ciśnienie, sprawdzam poziom witaminy D – ma być w normie. Po drodze zaliczyłam też insulinooporność, z której w 3 miesiące z pomocą pani doktor wyszłam, zmieniając tryb życia. Kontroluję sprawy sercowe. U kobiet chorych na łuszczycę bardzo ważne jest robienie raz w roku cytologii, USG dróg rodnych, jamy brzusznej, mammografii lub USG piersi. W ten sposób sprawdzamy, czy nie ma gdzieś ukrytych stanów zapalnych. I obserwujemy siebie. Najważniejsza jest morfologia. Oczywiście, najlepiej się nie stresować, ale to jest bardzo trudne. Jednak staram się stres równoważyć: pamiętam o odpoczynku, pielęgnacji skóry – dbam o nią systematycznie. Chodzę na spacery. Mam partnera, psy. Kiedyś nie chciałam mieć dzieci, żeby nie musiały przechodzić przez to co ja. Teraz dopuszczam możliwość zajścia w ciążę, choć wiem, że nie byłoby łatwo.

Zmieniłam sposób myślenia, w czym bardzo pomogło wsparcie bliskich. Tyle fałszywych przekonań siedziało we mnie. To nie jest tak, że wszyscy widzą zmiany skórne.

Kiedyś jedna czerwona kropeczka na skórze potrafiła wyprowadzić cię z równowagi.

Już tak nie jest. Wciąż jednak odbieram telefony od pacjentów, u których jedna zmiana skórna powoduje totalną blokadę, nie wychodzą z domu. Tak to działa na psychikę. Mam teraz nad kostką zmianę. Odsłaniam ją, naświetlam słońcem. Łuszczyca przestała rządzić moim życiem. Nie wpływa na ubiór, samopoczucie. Zaczęłam chodzić na basen. Ale słyszałam, że pacjentów łuszczycowych potrafią wyprosić z basenu. Z czymś takim bardzo ciężko sobie potem poradzić.

Może chodzi o łuskę, która zostaje w wodzie?

To jeszcze raz: łuszczyca nie zaraża. Chory sam ma decydować, czy może się kąpać w basenie, bo chlor potrafi podrażnić.

Źródło informacji: Serwis Zdrowie

Zdjęcie główne: Getty Images

Czytaj więcej
Przewiń dalej






Pomysł na smaczny obiad



Dołącz do naszych darczyńców